?

Log in

No account? Create an account
Дмитрий Львович Быков, писатель
"Хоть он и не сам ведет ЖЖ, но ведь кому-то поручил им заниматься?" (c)
Dmitrij Bykow // «Wyborcza.pl», 11 czerwca 2016 
20th-May-2019 08:27 pm
berlin
O cudownych skutkach awarii samochodu Żiguli. Z pisarzem Dmitrijem Bykowem rozmawia pisarz Dmitrij Bykow

— Pojawił się u nas idiotyczny, chamski artykuł o mojej książce «Uniewinnienie». Przeczytał go francuski wydawca. Zrozumiał, że z taką pasją nie obraża się złej powieści. I szybko opublikował ją po francusku — mówi (sobie samemu) rosyjski pisarz i satyryk.

Wacek Radziwinowicz poprosił mnie o wywiad o mojej pierwszej powieści, «Uniewinnieniu». Napisałem ją w 2000 r., a niedawno ukazał się polski przekład. Wacek to dziennikarz wybitny — tym wybitniejszy, że wyrzucony z Rosji. Byłoby mi niezręcznie kazać mu czytać od nowa moją książkę, obmyślać pytania, a potem przerabiać moje odpowiedzi. Ale że też jestem dziennikarzem — to poniekąd mój główny zawód — pozwolę sobie zrobić to sam. Potem z kolei Wacek udzieli mi wywiadu o tym, jak go wyrzucali, opowie, jak mu się żyje bez Rosji, a ja przy okazji trochę zarobię.


[Dmitrij Bykow:]
— Cześć, dawno się nie widzieliśmy.

[Dmitrij Bykow:]
— W pewnym sensie rzeczywiście dawno, bo ja kontaktuję się z sobą tylko wtedy, kiedy piszę. Przeważnie wiersze. Resztę czasu człowiek — przynajmniej ja — przeżywa mechanicznie. W praktyce nie ma styczności z tymi, którzy trudnią się poezją lub prozą.

— A czy nie jest tak, że wiersze i powieści powstają w różnych częściach głowy?

— Podejrzewam, że tak. Wiersze skądś się biorą, i to nie w każdej chwili, bo trzeba w tym celu spełnić wiele trudnych warunków. A źródłem prozy jesteśmy my sami, wypływa ona z naszych doświadczeń i przemyśleń. Wiersze nigdy nie męczą — przeciwnie, odświeżają, odmładzają. Natomiast proza, mnie przynajmniej, męczy bardzo, bardziej niż dziennikarstwo czy wykłady.

— Czy pamiętasz, jak długo pisałeś «Uniewinnienie»?

— Trzy miesiące. Napisałem je w nieco histerycznym tempie. Chociaż w pewnym momencie praca jakby utknęła, bo nie wiedziałem, jak opisać sektę. Aż tu nagle z pomocą przyszła delegacja. Z Maksymem Burłakiem pojechaliśmy pod Barnauł odwiedzić pewną dość straszną sektę. Wszystko wyglądało tam co prawda znacznie spokojniej, ale udało mi się odnaleźć głównych bohaterów szóstego rozdziału.

— A tzw. Czyste, pierwsza wioska, do której trafia bohater? Czy to było coś w rodzaju prototypu?

— Wieś zamieszkana przez niemych starców i jedną dziewczynę? Oczywiście, że nie. Obawiam się, że coś takiego można tylko wymyślić. Zresztą wizja tej cichej dziewczyny od dawna mnie prześladuje. Kiedyś wymyśliłem o niej cały scenariusz, ale rzecz nie wyszła poza marzenia i plany. Może jest w niej coś z mojej żony.

— A czy pamiętasz sam moment narodzin twojej idei? Wizji terroru pojmowanego jako wielki sprawdzian?

— Nie wykluczam, że tak właśnie naprawdę było. W liście do Stalina filozof Alexandre Kojeve (Kożewnikow) opisał taki właśnie hipotetyczny cel Wielkiego Terroru. Nie pojmuję, dlaczego po ukazaniu się «Uniewinnienia» idea ta wydała się wielu groźna, by nie rzec bluźniercza. Terror nie ma przyczyny — ma tylko cel. A cel jest zawsze ten sam — zafundować martwemu społeczeństwu galwaniczny wstrząs, żeby się poruszało. Najpierw zabijają, a potem rażą prądem.

— Nie, chodzi mi o to, jak ty to wymyśliłeś.

— To akurat doskonale pamiętam. Wymyśliłem w 1997 r., chyba wiosną. Wracałem do redakcji ze sklepu naprzeciwko. Przeszedłem przez jezdnię, jak zawsze górą, bo nie znoszę podziemnych przejść. Kiedy byłem już prawie po drugiej stronie, bliżej kochanego «Sobiesiednika» [nazwa pisma], przyszła mi do głowy myśl, że tych, którzy niczego nie podpisali [podczas brutalnych przesłuchań i tortur], mianowano elitą społeczeństwa, trenowano w tajnych łagrach i że właśnie ci ludzie wygrali wojnę. Zamierzano przepuścić wszystkich przez to sito (było to w pełni realne, a w każdym radzie nie było po temu przeszkód technicznych).

— Czym tak zawinił Rogow, dlaczego musiał tak skończyć?

— A zawinił. Szukanie przyczyny, sensu, rozumnego wyjaśnienia tego, co żadnego sensu mieć nie może, jest próbą usprawiedliwienia koszmaru. To na przykład robi zwierzchnik rosyjskiej Cerkwi prawosławnej, twierdząc, że klęski żywiołowe to kara za grzechy.

— Czy to przypadkowa zbieżność, że ty to Bykow, a on Rogow?

— Oczywiście, że nie.

— Dlaczego wymyśliłeś tę powieść w 1997 r., a napisałeś dopiero po trzech latach?

— No cóż, sam rozumiesz, wziąć się ot tak za pisanie powieści to dość ryzykowne przedsięwzięcie. Zwłaszcza dla kogoś, kto dotąd pisał tylko wiersze, opowiadania, no i artykuły prasowe. Wielu osobom przedstawiłem zamysł tej powieści i nawet chciałem go komuś podarować. Albowiem, co zrozumiałe, sam czułem strach na myśl, że mam się zabrać do czegoś takiego.

Wszyscy mi powtarzali, że tego nie da się napisać, że wyjdzie coś eklektycznego, że będzie troszkę strasznie, a troszkę śmiesznie i że to w ogóle czysta spekulacja. Ale w 2000 r. wiozłem żonę i syna na daczę — tym samym, wówczas świeżo kupionym żiguli, którym jeżdżę do dziś. Pod samym domem wjechałem na coś i przebiłem oponę.

Było lato, noc, padał deszcz i niczego nie zauważyłem. Dopiero rano stwierdziłem, że mam beznadziejnego flaka i muszę brać się do roboty. Zacząłem zakładać zapas. A że lewarek w żiguli jest trochę nietypowy, wymieniając koło, podrapałem drzwi i doszedłem do wniosku, że mam dwie lewe ręce.

Człowiek, który jest do tego stopnia wyzbyty talentów, powinien przestać istnieć lub szybko w jakiś sposób usprawiedliwić — znowu to usprawiedliwianie, uniewinnianie! — swoją egzystencję. Siadłem więc do laptopa, który wziąłem z sobą, i pierwszego dnia napisałem pierwsze 20 stron. Pamiętam doskonale, jak żona kopie grządki, syn baraszkuje gdzieś obok, a ja w desperackim tempie — żeby tylko nie myśleć, nie popaść w zwątpienie, nie rzucić wszystkiego — piszę pierwszy rozdział. Notabene pojawia się w nim nasza dacza.

— Czy pisząc, czułeś czyjś wpływ?

— Ponieważ nikt tego nie odkrył, muszę przyznać się sam — w pierwszych trzech rozdziałach wykorzystuję w pełni świadomie niektóre interpretacje Gorensztejna [pisarz], nawet, jak mi się zdaje, jego frazę. A tak w ogóle jego idee, jego światopogląd, są mi dość bliskie, a w każdym razie temu mnie, który pisał «Uniewinnienie».

Ale największy wpływ miała na mnie dacza, atmosfera odwiedzanych miejsc, długie spacery po naszych tajemniczych lasach z dwuletnim Andriuszą niesionym na barana — odtwarzałem mu na głos wątki, wymyślając to i owo w marszu. Wtedy na przykład wymyśliłem nazwę wioski, Czyste. A lusterko, które staruszek Kretow przekazuje Rogowowi, wymyśliła wybitna krytyczka literacka, moja bliska przyjaciółka Jelena Iwanicka.

— Łatwo znalazłeś wydawcę?

— Tak, zdumiewająco łatwo. Powieść przeczytali w «Nowym Mirze», spodobała się Oldze Nowikowej, która pracowała w dziale powieści. Zwróciłem się do niej dlatego, że jej mąż Władimir Nowikow wykładał u nas na dziennikarstwie. Ale nie było żadnego kumoterstwa, bo Olga jest bardzo surowa. Opowiedziała o mojej powieści ówczesnej redaktorce wydawnictwa Wagrius Jelenie Szubinie. A przede wszystkim dłużny jestem memu starszemu koledze Aleksiejowi Kostanjanowi, który zawiadywał w wydawnictwie działem prozy. Jest on niewątpliwie najbardziej doświadczonym, cieszącym się największym poważaniem redaktorem w Moskwie, obecnie stoi na czele wydawnictwa Prozaik, w którym też drukuję.

— Jakie były pierwsze reakcje krytyki?

— W miesięczniku «Znamia» pojawił się długaśny i, oddajmy sprawiedliwość autorce, całkiem idiotyczny artykuł pewnej wykładowczyni z Rostowa. Artykuł zdradzał kompletny brak zrozumienia reguł rządzących językiem, zawierał niezliczone docinki i mnóstwo zwykłego chamstwa. Nie mówiąc już o tym, że, jak wynika ze streszczenia książki, autorka artykułu nie zrozumiała z niej niczego.

Tę pełną gromów recenzję, która wywołała wówczas w sieci mnóstwo śmiechu, przeczytał francuski wydawca Olivier Rubinstein. Jak mi potem przyznał, od razu zrozumiał, że z taką pasją nie obraża się złej powieści. Już rok później opublikował «Uniewinnienie» we francuskim przekładzie, niestety, prawie nic nie zapłacił. Najwyraźniej taki już los tej książki — z honorarium za polskie wydanie też zrezygnowałem.

— A czy tobie samemu nie obrzydła już ta książka?

— Przyznam, że nieco się jej boję, ma taki mroczny koloryt. Potem było już weselej. Ale strasznie jestem wdzięczny tej książce za kilka pięknych chwil, które jej zawdzięczam. I za to, że dzięki niej zdołałem przezwyciężyć niektóre moje uprzedzenia i groźne błędy.

— Syn czytał?

— Nie sądzę. Ma ledwie 17 lat, po co ma chłopak psuć sobie nastrój? A poza tym słuchał jej z taką uwagą, kiedy miał dwa lata — kiedy mu ją opowiadałem — że z pewnością już wtedy wszystko zrozumiał.

przeł. Sergiusz Kowalski
This page was loaded Jun 16th 2019, 5:09 am GMT.